W pustyni i w puszczy, rozdział 45, str. 4 |
308
Upłynął znów dzień męki i trudów, po którym, na szczęście, noc
przyszła chłodniejsza. Lecz następnego rana żar uczynił się na
świecie okropny. Nie było ani tchnienia wiatru. Słońce jak zły duch
niszczyło żywym ogniem zeschłą ziemię. Krańce widnokręgu
pobielały. Jak okiem sięgnąć nie było widać nawet euforbii. Nic –
tylko spalona, pusta równina, pokryta kępami sczerniałej trawy i
wrzosów. Kiedy niekiedy rozlegały się w niezmiernej odległości lekkie grzmoty, ale wobec pogodnego nieba nie zwiastowały one burzy, jeno suszę. O południu, gdy upał czyni się największy, trzeba się było zatrzymać. Karawana rozłożyła się w głuchym milczeniu. Pokazało się, że padł jeden koń i kilkunastu pagazich zostało w drodze. W czasie wypoczynku nikt nie pomyślał o jedzeniu. Ludzie mieli zapadłe oczy i popękane wargi, a na nich zeschnięte grudki krwi. Nel dyszała jak ptak, więc Staś oddał jej gumową flaszkę i krzyknąwszy: „Piłem, piłem!” – uciekł w drugą stronę obozu, obawiał się bowiem, że jeśli zostanie, to odbierze jej tę wodę lub zażąda, by się z nim podzieliła. I to był może najbardziej bohaterski jego uczynek w ciągu podróży. Sam począł się męczyć jednak okropnie. Przed oczyma latały mu ciągle czerwone płaty. Czuł ściskanie w szczękach tak silne, że i otwierał, i zamykał je z trudnością. Gardło miał suche, piekące; nic śliny w ustach; język jakby drewniany. A przecie dla niego i dla karawany był to dopiero początek męczarni. W pustyni i w puszczy, rozdział 45, str. 4 fragment 20 |
| 2008-10-27 10:40:53 |